środa, 20 września 2017

Ucieczka do Danii

Na morze to ja poszedłem tylko po to, żeby je przepłynąć. Przecież nie mogłem przeskoczyć, bo było za daleko - powiedział Jan Staśkiewicz. W roku 1958 uciekł kutrem z Łeby do Danii. Wrócił, gdy wypracował duńską emeryturę, a Polska odzyskała wolność.

Pochodzi z Leszna pod Warszawą. W czasie wojny dwukrotnie złapany przez Niemców dwukrotnie im uciekł, raz aż spod Berlina. Wracałem jak kot na dawne miejsce - mówi. Do Łeby trafił w roku 1954 jako pracownik pogłębiarki "Hydra". Z żoną i trójką dzieci zamieszkali przy ul. PZPR (za Niemców i zaraz po wojnie była to ul. Rynkowa, obecnie Powstańców Warszawy). Z pogłębiarki poszedł na rybaka, ukończył kurs szyprowski. Długo jednak nie popływał, bo zabrano mu wkrótce zezwolenie. Proponowali mi partię - mówi - ale odmówiłem, ja lubię grać w otwarte karty. Co z tego, że z wierzchu będę czerwony, jak w środku jestem inny? Przez rok remontował pompy, gdy jednak zabrakło szyprów - wrócił na morze, mocno już pilnowany przez łebskich stróżów ludowego ładu. Miałem w Lęborku znajomego kapitana w WOPie, nie zwierzałem się jemu ze swoich zamiarów, ale on je wyczuł, bo powiedział mi jak masz coś robić, to rób, bo widzisz, co się tutaj robi". I zrobiłem, nie mówiąc nic nawet żonie. Dopasowałem załogę na Łeb-2: płynęli ze mną Stanisław Stańczykowski i Stefan Gołaszewski. Stańczykowski nie zamierzał uciekać, tylko my dwaj. Zrobiliśmy to w marcu 1958, na Józefa.

W Danii uciekinierów najpierw przymknięto dla sprawdzenia, później zaś skierowano do obozu dla uchodźców za Kopenhagą. W obozie przeważali Węgrzy, bo było akurat po rewolucji węgierskiej. Trudno mi było tam wytrzymać, Węgrzy ostro pili, pędzili bimber, to była jedna wielka granda. Co jakiś czas obóz wizytowała policja i z jej pomocą opuściłem tamto miejsce. Stefan Gołaszewski został (po jakimś czasie wrócił do Łeby, okoliczności jego powrotu, a później tragicznej śmierci nie są dla mnie do dzisiaj jasne). Przez trzy miesiące byłem w Esbiergu, mieście rybackim podobnym do Łeby. Opieka duńska opłacała wskazane przez siebie miejsce pobytu, zapewnili kieszonkowe, jednak dla mnie nie było możliwe wytrzymać dłużej bez pracy. Na swoją rękę pojechałem do Kopenhagi, wynająłem prywatnie pokój i szukałem jakiegoś zaczepienia. Było ciężko, opieka odmówiła dalszych świadczeń, bo odrzuciłem wegetację na ich zasiłku. W determinacji zgłosiłem się na policję i powiedziałem, że teraz to mi już pozostaje tylko kraść. Duński policjant dal mi 50 koron, radził wytrzymać bez kradzieży i zgłosić się do nich ponownie za kilka dni. Udało się, dostałem pracę pod miastem jako mechanik. Wkrótce zaś pracowałem w samej Kopenhadze: 7 lat w stoczni, a później kolejno przy aluminium i papierze, w fabryce papierosów i - do emerytury - w fabryce medykamentów.

Pierwszą próbę sprawdzenia swojej sytuacji w ojczyźnie podjął po trzech latach. Znajomym jadącym do Polski dal list do rodziny z prośbą o wrzucenie do skrzynki w Polsce. Prawie natychmiast w całym kraju ukazały się listy gończe za Staśkiewiczem. Dziesięć lat po ucieczce udał się do polskiej ambasady w Kopenhadze, przezornie biorąc ze sobą duńskiego kolegę. Co, znalazł pan wreszcie Polską ambasadę - powitał go urzędnik. - Może pan teraz jechać do Polski, ale czeka tam pana minimum 10 latek. Nie pojechał. Dzieci zaczęły przyjeżdżać do niego z początkiem lat 70. na zaproszenia formalnie wysyłane przez obce osoby z Danii.

Do Polski po raz pierwszy przyjechał dopiero po odzyskaniu przez nasz kraj wolności, gdy prezydentem został Lech Wałęsa.

Zapisała Maria Konkol

Godziny otwarcia

poniedziałek-czwartek 12-19
piątek 8-19
sobota 10-14

Kontakt

ul. 11 Listopada 5a [mapa]
84-360 Łeba
Tel. +48 059 8661723
Fax +48 059 8661723
NIP: 8411338650
Napisz do nas e-mail

Polub nas na Facebook'u Muzyka Kontakt Kontakt Kontakt