piątek, 22 września 2017

Rok 1954: wycieczka na Bornholm

Kuter, na którym pływałem, był akurat w remoncie i p. Walęga prosił, bym jako starszy rybak popłynął w zastępstwie na Łeb -1, gdzie szyprował Jan Hlinovsky. Poza nim płynęło wtedy jeszcze dwóch rybaków (byli szwagrami, ich nazwiska z przyczyn rodzinnych pominę); jeden z nich to motorzysta.

Wyszliśmy w morze. Motorzysta, w stanie lekko "wskazującym", trochę tłukł się po pokładzie, ale szyper uspokoił mnie, że "on był już gorszy i dawał sobie radę". Zostawiając go, poszliśmy się położyć Z pokładu dochodziło jakieś szuranie, stukanie, co Hlinovsky wyjaśnił: "on zawsze tak wszystko porządkuje, przestawia". Cóż, nie był to mój kuter, więc się nie wtrącałem. Po jakimś czasie zerwaliśmy się trzej, gdy motorzysta zaczął wbijać gwoździe w klapę dachową.

My do drzwi, a ich nie daje się otworzyć. Wyjaśniło się wcześniejsze szuranie i stukanie - ten skubaniec zablokował wyjście skrzynkami z węglem, przesuwając je pomiędzy maszt a kubryk. Rozejrzałem się: zniknęła moja finka harcerska, którą zawsze miałem przy sobie, zniknął toporek. Próbowaliśmy coś kombinować, ale on krzykną! nam przez bulaj: "źle wam tam w środku? Siedźcie lepiej spokojnie, bo inaczej poczęstuję was rakietnicą. Ja postanowiłem uciekać na Bornholm". Nie mój kuter. Hlinovsky - to ja wiem, kto? Ni Niemiec, ni Czech, ni Polak. Pierwszy raz płynę w tym składzie. Dobra bracie, jak żeś postanowił, to jedź.

Płynęliśmy ok. 11 godzin. Mieliśmy w kanie wodę, ale straciliśmy ją, bo szyper, starszy człowiek, miał potrzebę, a że nie było gdzie, musiał do kany. Dobiliśmy do portu Svaneke, to port w skale. Słyszeliśmy, jak motorzysta krzyczy: "jak tu się wchodzi?" Kto miał go tam rozumieć z brzegu?

Po jakimś czasie silnik zgasł, ucichło na pokładzie. Kaną zaczęliśmy wywalać drzwi. Udało się wybić kilka desek, ja przecisnąłem się pierwszy. 0 gwóźdź rozdarłem spodnie i kawał drelichu zwisał mi na nodze, gdy wydostałem się na pokład.

Na skalistym nabrzeżu było pełno ludzi, błyskały aparaty, obcy szwargotali coś po swojemu, śmiali się. Było tam kilku w mundurach Marynarki Królewskiej. Jeden z nich, taki mały, gruby antałek rechotał najgłośniej, pokazując na mnie: Cha, cha , cha. Russ Kommunist. Cha cha, cha...To było okropne. Dwóch mundurowych zaczęło schodzić na pokład. Hlinovsky zawołał do mnie: Bandera! Była zwinięta, pociągnąłem za sznurek, rozwinąłem. Mundurowi wycofali się, bo wg prawa morskiego nie mogli wejść na jednostkę innego państwa. Trzeba było czekać na konsula polskiego, my nie mieliśmy wody, na pokład baliśmy się wyjść, bo te ich zdjęcia i rechotliwe "Russ Kommunist, cha, cha, cha..." były nie do wytrzymania. Po kilku godzinach czegoś takiego decydujemy: nie czekamy dłużej, wiejemy do Łeby. Zawróciliśmy i popruliśmy prosto, nie oglądając się na nic.

No a u nas, to wiadomo, co się zaczęło: wzywanie, giepeki i inne bezpieki, nocą, nie nocą, "boście go wywieźli". Wolna Europa informując o ucieczce, podała, że jej przyczyną była sytuacja rodzinna. Nasz uciekinier wrócił po jakimś czasie. Był sądzony. Na sprawie myślałem, że mu wleję, bo zapytany o cel ucieczki podał... "wycieczka krajoznawcza!"

Taka to była historia.

Czesław Kołodziej

Godziny otwarcia

poniedziałek-czwartek 12-19
piątek 8-19
sobota 10-14

Kontakt

ul. 11 Listopada 5a [mapa]
84-360 Łeba
Tel. +48 059 8661723
Fax +48 059 8661723
NIP: 8411338650
Napisz do nas e-mail

Polub nas na Facebook'u Muzyka Kontakt Kontakt Kontakt